Radzyń Podlaski - Nasze miasto z dobrej strony! Mamy 10 sierpnia 2020 imieniny: Borys, Bogdan, Wawrzyniec
Rozkład jazdy autobusów Ogłoszenia Imprezy i wydarzenia Ceny paliw

Na skróty

09.08.2010 - Suchedniów - Tumlin

Mariusz Szczygieł   
poniedziałek, 09 sierpnia 2010 20:50

Fotorelacja z TumlinaSuchedniów - Tumlin, to dzisiejszy odcinek na trasie do Częstochowy.

Pielgrzymom dopisuje dobry humor, cieszą się, że mają suche namioty, znowu straszył deszcz i... dostali bułeczki od dziekana Jana Czapskiego.

O tym wszystkim opowiada dzisiaj p. Adam Adamski:

 

 

Na zdjęciu: fotoreporter z Radzynia zbiera dokumentację do najnowszego Tygodnika Parafialnego parafii pw. św. Trójcy. (foto: A.M.)

Konferencja

Miłość czyni możliwą modlitwę 

Boża miłość przejawia się w tym, że Bóg nie izoluje się od człowieka, ale pozwala mu zbliżyć się do siebie. Tym, kto rozpoczyna dialog miłości, jest Bóg. Bóg rozmiłowany w człowieku, nie zważając na istotne różnice, jakie Go dzielą od swego stworzenia, pozwala człowiekowi przebywać w swej obecności. To On uzdalnia ludzkie serce do wiary, udzielając jej łaski w sakramencie chrztu świętego. On też pociąga do siebie człowieka. Wzbudza w ludziach tęsknotę za sobą. Uczy przebywania razem. Tak, jak dzięki Duchowi Świętemu możemy wyznać „Panem jest Jezus” (1 Kor 12,3), tak też ten sam Duch jest przewodnikiem i mistrzem naszej modlitwy. „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami” (Rz 8,26).

Modlitwa jest łaską, dzięki której otrzymujemy Boże dary. Jest przebywaniem z Bogiem, które przygotowuje nas do uszczęśliwiającego trwania w Jego obecności w królestwie niebieskim.

Modlitwa jest łaską

Przeciętnemu wierzącemu modlitwa może wydawać się nużącym obowiązkiem. Ktoś, kto nie jest dojrzały duchowo, nie posiada wielkiej wiary i miłości do Boga, może uważać, że jest „łaską” okazywaną Bogu. Widzi w niej wyłącznie swe dzieło – prezent wielkodusznie ofiarowany Bogu lub haracz, jaki trzeba zapłacić własnemu sumieniu, aby było spokojne.

Łatwo też można spotkać ludzi niechętnych modlitwie, którzy ją „dawkują” Panu Bogu, uznając ją za coś zbędnego, nieproduktywnego. Wydaje im się zwyczajną stratą czasu. Spotykałem się nieraz ludźmi, którzy tłumaczyli się, że zaniedbali modlitwę, bo nie mają już na nią czasu. „Nie mam czasu”, „nie mogę znaleźć odpowiedniej chwili”, „niech mi ksiądz wierzy, jest tyle do zrobienia…”, „człowiek musiałby mieć chyba dwie pary rąk i nóg, aby ze wszystkim i wszędzie zdążyć” – to tylko niektóre z wielu uzasadnień braku modlitwy, jakie kiedyś usłyszałem.

Pokusie lekceważenia modlitwy ulegają ci, którzy nigdy nie doświadczyli daru prawdziwej modlitwy, którzy żyją w przekonaniu, że mniej lub bardziej bezmyślne i rozkojarzone wyrecytowanie formułek modlitewnych jest modlitwą. Jeśli do tego dochodzi religijny infantylizm, żeby nie powiedzieć ignorancja religijna, bardzo łatwo rozminąć się z modlitwą.

Ale najwięcej obiekcji do modlitwy mają ci, którzy nie kochają Pana Boga. Ci, by zatuszować brak miłości do Boga, zbudują niejedną logiczną i przekonującą (ich samych oczywiście) konstrukcję myślową, która da im wynik ujemny: „nie mogę się modlić, gdyż…”.

Trzeba wspomnieć o jeszcze jednej grupie tych, którzy się nie modlą i nie uznają modlitwy za konieczną dla życia duchowego. To ci – do których być może sami należymy – którzy boją się prawdziwie modlić, gdyż modlitwa zmusiłaby by ich do zmiany swego życia. Modlitwa ma moc przemieniającą. Jest siłą druzgocąca egoizm, upodobanie w grzechu, skłonność do lenistwa. Jeśli ktoś szczerze kieruje swe serce do Boga, musi wiedzieć, że promienie Bożej obecności oświetlą jego sumienie i wskażą to, co trzeba naprawić.

Zanim więc rozważymy, jak ważną rolę dla naszej wiary pełni modlitwa, jak jest pożyteczna i ważna, trzeba, byśmy uświadomili sobie jedno: modlitwa jest łaską. Jest darem samego Boga. To On w miłości swojej pozwala nam do siebie mówić i mówi do nas. To On jest tym, który przejmuje pierwszy inicjatywę, zapraszając nas do dialogu miłości.

Źródłem modlitwy jest miłość Boża. Bóg pragnie przebywać z nami. Dlatego się zbliża do nas, przełamuje dystans wynikający z tego, że jest Bogiem, a my tylko ludźmi. Zniża się do naszego serca. Poświęca nam wyłączną uwagę tylko dlatego, że porusza Go przeogromna miłość do swych stworzeń i wzrusza litość, gdy widzi, jak bardzo jest nam potrzebny.

Modlitwa nie zależy od nas, od naszej woli i pragnień. O tym przekonują się ci wszyscy, którzy pragną modlić się, a ich serce dosięga znużenie duchowe, rozproszenia wewnętrzne, niezdolność ducha i ciała do modlitwy. Nieraz słyszałem skargę kogoś, kto dobrze rozumie wartość modlitwy, pragnie jej, a nie jest w stanie się modlić. I nie chodzi tu bynajmniej o jakieś pogmatwane osobowości, o ludzi mających problemy osobowościowe, psychiczne. Chodzi o „zwyczajnych ludzi”, którzy zasmakowali kiedyś w modlitwie, weszli w jej głębię, a potem zostali doświadczeni oschłością. Przechodzą przez czyściec niemożności. Są oczyszczani, jakby trwając w ciemnej nocy wątpienia i udręk.

Skoro modlitwa jest łaską, cieszmy się z tego, że Bóg nam jej udzielił. Może bowiem przyjść taki dzień, że będziemy chcieli się modlić, a nie będziemy mogli. Nie zmarnujmy jej przez zaniedbania, lenistwo i lekceważenie. Nie bluźnijmy Bogu skąpstwem na modlitwie, gdyż On nie jest skąpy wobec nas. Takie skąpstwo jest świadectwem, jak bardzo mało kochamy Boga. Nie mówmy: „nie mam czasu na modlitwę”, bo skoro mamy go na wszystko inne, jakżeż możemy nie mieć go dla Boga?

Ponieważ modlitwa jest dziełem miłości Bożej, ulegnijmy jej, odpowiedzmy na nią naszą miłością. Zawstydźmy się wymówki „nie mam czasu” i pamiętajmy, że Pan Bóg dla nas ma zawsze czas. Tak organizujmy swe zajęcia, abyśmy mieli czas dla naszego Boga.

Czy to jest łatwe dzisiaj, gdy żyjemy w zabieganiu, w pędzie, rozgardiaszu, pośrodku tysiąca spraw do załatwienia, rozmów do odbycia, problemów do rozwiązania? Z pewnością nie! Ale dla miłujących Boga nic nie jest trudne i niemożliwe.

Spójrzmy na przykład, jaki daje nam sam Bóg, który bierze udział w modlitewnym dialogu: słucha i mówi. Czyż Pan Bóg – w przeciwieństwie do nas – nie mógłby prawdziwie powiedzieć „nie mam czasu”, gdy zwracamy się do Niego w pilnych sprawach? Czyż nie miałby prawa przedstawiać prawdziwe argumenty – nie wykręty – za tym, że nie ma dla nas teraz, później i jeszcze kiedy indziej czasu?

Nie modlimy się, gdy jesteśmy dziećmi, bo pochłania nas zabawa i poznawanie świata. Jesteśmy za mali na modlitwę, nie rozumiemy jej sensu, rodzice nas nie zmuszają….

Nie modlimy się w młodości, bo żyjemy pierwszą miłością i fascynacją przyjaźni, nauki, zajęć. Mamy płuca pełne powietrza, jesteśmy silni i zdrowi, żyjemy przyszłością. Po co nam Bóg? Uciekamy przed nim w krainę grzechów, które nas jednocześnie przemożnie pociągają i zawstydzają. Żyjemy w ułudnym przekonaniu, że najlepiej znamy drogę do szczęścia.

Nie modlimy się potem, gdyż zakładamy rodzinę, ciężko pracujemy, zdobywamy wiedzę i doświadczenie zawodowe, podróżujemy, wypoczywamy, troszczymy o dzieci, rodziców, znajomych….

Nie modlimy się przez wiele lat życia w pełni dojrzałego, bo chorujemy, słabniemy, brak nam cierpliwości, nie umiemy się modlić, nie mamy takiego zwyczaju, nie myślimy….

Nie modlimy się w ostanie dni i tygodnie przed śmiercią, niezdolni, niemocni, nieporadni, za słabi…

Nie modlimy się – bo przychodzi śmierć, i wtedy już nie można.

A Pan Bóg?

Gdy przychodzimy na świat, On jest u początku naszego istnienia, dzieląc się nim z nami i ciesząc z tego, że jesteśmy na świecie.

Potem troszczy się o nas, dając nam kochających rodziców, niczym aniołów stróżów, dba o nasze wzrastanie i wszechstronny rozwój.

Jest z nami, odsłaniając nam piękno miłości, pociągając nas ku szlachetnym ideałom, wprowadzając w serce tęsknotę za prawdą, dobrem, pięknem i miłością. Błogosławi naszym pierwszym zakochaniom i cieszy się, gdy uda się nam znaleźć wymarzoną miłość.

Jest z nami w dniach pełnych słońca, uśmiecha się do nas w prozaicznych sytuacjach. Dzieli z nami trudy układania sobie życia. Towarzyszy naszym niepowodzeniom, trzyma nas za rękę w trudnościach. Broni przed nami samymi i nieszczęściami, które możemy sami na siebie sprowadzić. Dźwiga krzyż naszych przegranych, porażek, samotności, choroby, rozstań, nieporozumień.

Jest z nami w naszej starości, wygładzając zmarszczki na czole wspomnieniami przeżytego dobra. Osładza naszą samotność długo oczekiwaną wizytą kogoś bliskiego, listem lub rozmową.

Jest z nami, gdy opuszczają nas inni, bo albo odchodzą na tamten świat, albo zapominają o nas, albo zwyczajnie nie mogą dłużej być przy nas.

On jest. Ma dla nas czas, chociaż czuwa nad wszystkim, co stworzył. On kocha – słucha, radzi, upomina, zachęca, podpowiada, pociesza, rozbawia. On zawsze jest. I zawsze też możemy liczyć na Jego miłość.

Jeśli skarżymy się na Jego nieobecność – bo i tak może się zdarzyć – to tylko dlatego, że oddalamy się od Niego i nie pozwalamy Mu być. Jeśli zasuwamy żaluzje w oknach, nie skarżmy się na mrok panujący w pokoju. Bywa, że zdaje się być nieobecny, obojętny na nasze wołanie. Ale czyż nie dlatego, że chce, byśmy z takich prób wychodzili jeszcze bardziej umocnieni w przekonaniu, jak bardzo Go potrzebujemy.

Modlitwa jest łaską! A więc, jak zachęca św. Paweł: „Trwajcie gorliwie na modlitwie, czuwając na niej wśród dziękczynienia” (Kol 4,2).

Pochwała modlitwy

Modlitwa jest znakiem miłości ze strony Pana Boga, który ją umożliwia i w nią się angażuje. Oprócz tego, modlitwa ma wiele innych znaczeń. Zatrzymajmy się przynajmniej nad kilkoma z nich.

Modlitwa jest aktem miłości człowieka wobec swego Stwórcy i Zbawcy. Modląc się, zwracamy nasze serce ku Bogu. W postawie adoracji, uwielbienia i dziękczynienia wyrażamy wdzięczność za Bożą miłość. Modlitwa jest więc aktem uznania władzy Boga nad człowiekiem. To najwłaściwsza postawa stworzenia wobec swego Stwórcy. Klęcząc przed Bogiem wyznajemy, że tylko On jest Panem, że ma prawo do naszego życia.

Współcześnie ludzie niechętnie myślą o sobie w kategoriach zależności od kogokolwiek. Niechętnie uznają, że to kim są i co posiadają, w dużej mierze – lub w całości – zawdzięczają innym. Jesteśmy kuszeni, by wszystko przypisywać sobie, własnym zdolnościom, znajomościom, sprytowi życiowemu. Żyjemy złudzeniem, że sami stworzyliśmy siebie. Modlitwa odziera nas z tego złudzenia, gdyż stawia nas przed Kimś większym od nas. Ukazuje Pana Boga jako naszego największego dobroczyńcę, któremu zawdzięczamy podstawowe dobro, jakim jest istnienie. Dlatego wielu ludzi zaniedbuje modlitwę. Nie może się na nią zgodzić ich butna natura. Nie mogą znieść tego, że mogliby być w czyichś rękach, być całkowicie zależni od kogoś, nawet od Boga.

Piękno modlitwy i jej użyteczność polega na tym, że wzmacnia więzi z Bogiem i bliźnimi. Modlitwa jednoczy z Bogiem. Jest momentem bliskości, przyjaznego przebywania ze sobą. W modlitwie biorą udział dwie strony: osobowy Bóg i człowiek. Modlitwa skraca dystans dzielący Stwórcę od stworzenia. Daje radość z bycia razem. Pozwala – jak każda uważna rozmowa – lepiej się poznać. Otwiera osobę na osobę. Modlący się człowiek więcej rozumie z tajemnic Bożych. Bóg napełnia Go swą obecnością, pozwala odkryć, kim naprawdę jest. Dzięki modlitwie człowiek wnika w Boży świat. Oczywiście – to wnikanie jest ograniczone małością człowieka, niezdolnością do objęcia tajemnicy Boga. Jest jednak łaską – Bóg nie pozostawia człowieka modlącego się w ignorancji, w sytuacji niewiedzy. Pozwala zbliżyć się do siebie, jednocześnie oczyszczając umysł, serce i wolę człowieka tak, by mógł on jak najwięcej zaczerpnąć ze spotkań z Bogiem.

Modlitwa jednoczy z Bogiem. Kiedy patrzymy na postacie wielkich świętych, męczenników i wyznawców, dostrzegamy silną więź z Bogiem. Jest ona tak silna, że nawet krwawe prześladowania nie potrafią jej zerwać. Każdy modlący się człowiek może za św. Pawłem zapytać: „Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? Jak to jest napisane: Z powodu Ciebie zabijają nas przez cały dzień, uważają nas za owce, przeznaczone na rzeź. Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 8,35–39).

Modlitwa wytwarza nierozerwalne więzi, umacnia miłość czyniąc ją niezwyciężoną, nieodwołalną. Rodzi przymierze, które trwa nawet pośród prześladowań i cierpień.

Modlitwa prowadzi do zbawienia. Kto się modli troszczy się o swoje zbawienia. Dlaczego modlitwa pomaga człowiekowi w osiągnięciu zbawienia? Dlatego, że jest źródłem Bożej łaski. Poprzez modlitwę człowiek się jednoczy z Bogiem, uświęca. Modlitwa nie pozwala mu zapomnieć o rzeczach najważniejszych w życiu, o jego ostatecznym przeznaczeniu. Kieruje myśli i pragnienia ku Bogu, ku ostatecznej rzeczywistości Jego królestwa, ku wieczności. Ten, kto się modli, będzie pamiętał o wieczności. Przedmiotem naszych próśb winno być zbawienia. Jest ono ostatecznym i najwyższym dobrem, jakie dzięki łasce Bożej możemy osiągnąć. Troszcząc się o modlitwę, przeżywając ją właściwie, dążymy zarazem do swego zbawienia.

Chociaż modlitwa jest pielęgnowaniem pamięci o rzeczach najważniejszych, ostatecznych, niebieskich, to nie jest czymś oderwanym od życia, niepraktycznym, abstrakcyjnym. Przeciwnie. Modlitwa jest czymś najbardziej praktycznym, gdyż uczy nas mądrze i szlachetnie żyć. Każda prawdziwa modlitwa jest zakorzeniona w rzeczywistości. Zwykle modlitwa od niej wychodzi i odnosi ją do Boga. Modlitwa jest zakorzeniona w doczesności. Przynosimy w niej nasz świat i powierzamy go Bogu. Wkładamy w Jego ręce troski, problemy i radości. Mówimy Bogu o naszym życiu, by je oczyścił, przemienił, ubogacił, zmienił, uzdrowił, nadał mu blask.

Modlitwa jest czymś praktycznym i ważnym dla codziennego życia, gdyż na modlitwie Bóg kształtuje nasze sumienia. Uczy nas odróżniać dobro od zła, prawdę od fałszu, to co istotne – od tego, co błahe, bez znaczenia. Modlitwa czyni nas mądrymi. Duch Święty udziela nam – gdy się modlimy – daru mądrości i roztropności. Dzięki modlitwie dobrze orientujemy się w sprawach tego świata i nie tracimy głębszego sensu całości życia.

Modląc się, wierzący otrzymują światło, które rozprasza ich wątpliwości, pomaga podejmować decyzje, upewnia w tym, że wybierają właściwie.

Modlitwa uczy mądrości życiowej także dlatego, że pozwala dostrzec właściwe proporcje wydarzeń, osób, rzeczy. Ci, którzy się modlą, mają głębsze rozumienie rzeczywistości i łatwo nie zwiedzie ich krzykliwa reklama pseudowartości. Będą umieli odróżniać „plewy od ziarna”. Nauczą się również wyznaczać należne miejsce równym wartościom życiowym. Modlitwa chroni przed przesadnym wywyższaniem wartości ziemskich. Uwalnia od strachu przed ich utratą. Wzmacnia pragnienie tego, co jest naprawdę istotne w życiu. W ostatecznym rozrachunku możemy powiedzieć, że modlitwa czyni nas wolnymi wobec świata rzeczy i osób, wobec emocji i pożądań. Wprowadza mądry porządek w nasze życie.

Autentyczna modlitwa nie zamyka człowieka modlącego się na sprawy bliźnich. Nie izoluje od świata osób i realnych problemów. Przekonuje nas o tym przykład samego Chrystusa. „Życie Jezusa było ukierunkowane dwojako – na Ojca i na ludzi. W Piśmie Świętym poznajemy Go jako osobę, która się modli, spędza całe noce na rozmowie z Ojcem. Modląc się, włączył On swoje człowieczeństwo oraz człowieczeństwo nas wszystkich w synowską relację z Ojcem. Ten dialog stawał się następnie zawsze nowym posłaniem do świata, do nas. Misja prowadziła Go do czystego i niepodzielnego oddania się ludziom. W świadectwach zawartych w Piśmie Świętym nie ma w Jego życiu ani jednej chwili, w której w Jego postępowaniu wobec ludzi można by zauważyć jakiś ślad osobistego interesu lub egoizmu. Jezus kochał ludzi w Ojcu, począwszy od Ojca – i tak kochał ich w tym, czym rzeczywiście są, w ich prawdziwej istocie, w ich rzeczywistości”.

Modlitwa uczy człowieka myśleć. To bardzo pożyteczna i ważna szkoła. Współcześnie ludzie wolą nie myśleć. Powierzchownie podchodzą do rzeczywistości. Łatwo nimi manipulować. Wmówić im, że pragną właśnie tego, a nie czegoś innego; przekonać, że bez takiej czy innej rzeczy nie mogą żyć. Modlitwa chroni przed manipulacjami płynącymi ze strony świata. Broni przed sprowadzeniem człowieka do roli konsumenta dóbr produkowanych poprzez świat.

Zarazem modlitwa czyni serce człowieka wolnym od bałwochwalstwa. Człowiek modlitwy nie będzie „kłaniał się cudzym bogom”. Bałwochwalstwo, czyli oddawanie czci boskiej temu, co nie jest Bogiem, było bardzo rozpowszechnione w starożytnym świecie pogańskim. Ludzie czcili siły przyrody, stworzone przez siebie bóstwa, będące emanacją potęgi i miłości prawdziwego Boga.

Czy współcześnie można mówić o bałwochwalstwie? Myślę, że jak najbardziej. Grzech bałwochwalstwa przetrwał i zagraża wszystkim. Pokusa oddawania czci boskiej czemuś, co na nią nie zasługuje, pozostała. Jedynie „bogowie” się zmienili. Bałwochwalstwo emancypowało. Współcześni, najbardziej czczeni „bogowie”, to pieniądz, przyjemność i sława. Te trzy wartości ludzie czynią najważniejszymi w swym życiu.

Człowiek modlący będzie kłaniał się „samemu Bogu”. Tylko Jemu. Nauczy się korzystać z pieniędzy, czerpać przyjemności z życia, zadbać o swój wygląd i być rozpoznawalnym, bez ślepego podporządkowywania się bogactwu, przyjemnościom i modzie. Nie one będą mu dyktowały, jak ma żyć, ale on będzie wyznaczał im miejsce.

Wartość modlitwy polega również na tym, że czyni nas silniejszymi w pokusach do grzechu i wzmacnia nas w chwilach słabości. Gdy się modlimy, jesteśmy mocniejsi. Szatanowi trudniej przekonać nas do zła. Ludzie głębokiej modlitwy, jej mocą pokonają nawet największe próby duchowe. „Oprą się aż do krwi” (zob. Hbr 12,4) pokusom do grzechu i nic ich nie oddzieli od Boga. Modlitwa jest nam potrzebna – zwłaszcza, gdy zło jawi się jako atrakcyjne, albo konieczne. Dzięki bliskości z Bogiem na modlitwie, w chwilach pokus, będziemy mieli siłę do powiedzenia im „nie”. Potęgę modlitwy w tym względzie obrazuje ewangeliczne opowiadanie o kuszeniu Chrystusa (Mt 4,1nn). Jezus pokonał pokusy szatańskie umocniony postem i modlitwą do Ojca. Także, aby wytrwać w godzinie krzyża, poprzedził ją długą modlitwą w Ogrójcu (Mt 26,36nn).

A my? Czy szukamy w Bogu sojusznika w godzinach prób i pokus? Czy rzeczywiście chcemy je zwyciężać? Jeśli tak – to poprzez modlitwę.

Modlitwa daje radość, której świat nie może dać człowiekowi. Jest to radość głęboka, zrodzona z bliskości Boga, udzielająca się jako dar Ducha. Boża radość charakteryzuje się wielką głębią, dotyka całego człowieka i przenika go do najtajniejszego zakamarka jego duszy. Cechuje ją również trwałość. Nic nie potrafi odebrać jej człowiekowi modlącemu się. Świadkiem tego jest św. Paweł, który wyznał Koryntianom: „Pełen jestem pociechy, opływam w radość w każdym ucisku” (2 Kor 7,4). Rzeczywiście, św. Paweł od swego nawrócenia pod Damaszkiem wiele wycierpiał. Doświadczył zaciekłej wrogości i nienawiści. Był oczerniany. Doświadczył też niebezpieczeństw, niewygód i trudów podróży apostolskich. Został uwięziony i ścięty w Rzymie. A mimo to, jak mówi, przeżywał głęboką radość.

Jeden ze stu ośmiu błogosławionych z okresu II wojny światowej, bł. ks. Edward Grzymała, kiedy był strasznie upokarzany i bity przez oprawców w obozie koncentracyjnym mówił, że cieszy się, iż może cierpieć dla imienia Jezus. Czynił tak, jak uczył w swoim liście św. Jakub Apostoł: „Za pełną radość poczytujcie to sobie, bracia moi, ilekroć spadają na was różne doświadczenia. Wiedzcie, że to, co wystawia waszą wiarę na próbę, rodzi wytrwałość” (Jk 1,2–3).

Ludzie pragną radości. Potrzebują jej i dlatego szukają. Modlitwa daje radość z przebywania w obecności Boga. Jest to radość najgłębsza i największa, jakiej może doświadczyć człowiek.

Chrystus, odchodząc do Ojca, zapewnił swoich uczniów: „Także i wy teraz doznajecie smutku. Znowu jednak was zobaczę, i rozraduje się serce wasze, a radości waszej nikt wam nie zdoła odebrać. W owym zaś dniu o nic Mnie nie będziecie pytać. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje. Do tej pory o nic nie prosiliście w imię moje: Proście, a otrzymacie, aby radość wasza była pełna” (J 16,22–24). Tej radości Bożej, która wypełni doskonale serca zbawionych w królestwie Bożym, już teraz możemy zasmakować w modlitwie.

Formy modlitwy

Modlitwa jest jedną z najważniejszych spraw w życiu chrześcijanina. Dlatego trzeba zatroszczyć się o nią. Każdy powinien modlić się tak, jak umie, jak mu to odpowiada. Nie można lekceważyć żadnej z form modlitwy.

Współcześnie wydaje się zanikać, zwłaszcza wśród ludzi młodych, praktyka codziennej, systematycznej modlitwy, rannej i wieczornej. Wielu chrześcijan ogranicza swą modlitwę jedynie do uczynienia znaku krzyża. To błąd, który doprowadzi do osłabienia wiary.

W starożytnym Kościele praktykowano modlitwę kilka razy w ciągu dnia, przejmując zwyczaje żydowskie. Chrześcijanie rozpoczynali i kończyli dzień, pamiętając o Bogu. Ku Niemu z wdzięcznością kierowali swe serca i Jego prosili o błogosławieństwo i opiekę w ciągu dnia. Praktyka uświęcania poszczególnych godzin dnia i nocy pozostała żywa we wspólnotach zakonnych i w tradycji odmawiania liturgii godzin. Wierni świeccy byli wychowywani do obowiązku odmawiania codziennego pacierza. Dzisiaj wiele osób lekceważy sobie tę praktykę uważając, że nie ma sensu każdego dnia powtarzać wciąż tych samych formuł modlitewnych. Tymczasem odmawianie pacierza ma głęboki sens. Trzeba go rozważyć na wielu poziomach. Przede wszystkim, odmawianie pacierza jest wyrazem stałej pamięci o Bogu. Niezależnie od samopoczucia, potrzeb religijnych, chrześcijanin każdego dnia przypominał sobie w modlitwie porannej i wieczornej o Bogu.

Niektórzy dzisiaj zachwycają się tym, że muzułmanie pięć razy dziennie przerywają swe zajęcia i zwróceni w stronę Mekki, modlą się. Odmawiana modlitwa jest wyrazem pamięci, szacunku i przynależności do społeczności wiernych. Dlaczego my, chrześcijanie, mamy zaniedbywać codzienną, wieczorną i ranną modlitwę?

Odmawiając codzienny pacierz, możemy sobie przypomnieć główne prawdy wiary. W codziennym zabieganiu trudno nam nieraz pamiętać o wierze, o Bogu. Przynajmniej więc rano i wieczorem możemy podtrzymać naszą więź z Bogiem. Właśnie poprzez modlitwę.

Niektórym nie podoba się schematyczność modlitwy porannej i wieczornej. Woleliby raczej mówić sercem ku Bogu, być spontaniczni i kreatywni na modlitwie. Tymczasem prawdą jest, że pacierz stanowi jedynie punkt wyjścia w naszej modlitwie codziennej. Nikt nie zabrania nam otwierania szeroko serca i zwracania się swoimi słowami do Boga. Pacierz jest początkiem modlitwy, jakby przygotowaniem do naszego osobistego dialogu z Bogiem.

Z drugiej jednak strony, nie lekceważmy formuł modlitewnych. One są cenną pomocą. Uczą modlitwy prawdziwej, pokazując, z jakich elementów winna się składać.

Kiedyś pewna osoba podzieliła się ze mną swoim osobistym doświadczeniem modlitwy. Mówiła, że przeżywa oschłości, roztargnienia na modlitwie. Nie potrafi sama z siebie – jak powiedziała – „niczego wydobyć”, mówić do Boga o tym, co przeżywa: „W tych właśnie dniach, gdy pragnęłam modlitwy, a jednoczenie nie byłam do niej zdolna, zrozumiałam, jak wielka wartość ma «Ojcze nasz» i «Zdrowaś Maryjo». Powtarzałam te modlitwy, znane mi z dzieciństwa, wkładając w nie całe swe serce. Mówiłam: «Boże, nie potrafię się modlić, ale Ty wiesz, że chcę być Ci wierną. Dlatego przyjmij tę moją modlitwę»”.

Za słowami modlitewnych formuł skrywa się ludzkie serce i to wszystko, co przeżywa.

Szczególnie pożyteczną modlitwą, którą winniśmy praktykować, jest różaniec. To modlitwa głęboko zakorzeniona w Słowie Bożym, streszczająca w sobie całą historię zbawienia. Maryja podczas objawień w Fatimie zachęcała do odmawiania różańca. Jest to modlitwa trudna, sztuka wymagająca opanowania, zaangażowania. W tej modlitwie nie chodzi o wypowiedzenie dziesięciu „Zdrowaś Maryjo”, ale o kontemplację Boga w historii zbawienia. Chodzi o rozważanie tajemnic. Niestety, wiele razy modlitwa ta została spłycona, potraktowana powierzchownie, sprowadzona do mechanicznego recytowania formułek. Została odarta z głębi i Bożego sensu. Stąd też potrzeba, byśmy czuwali nad tym, w jaki sposób z niej korzystamy.

Jan Paweł II, idąc w ślady swoich wielkich poprzedników, bardzo gorąco zachęcał do odmawiania modlitwy różańcowej. W jednym z ostatnich dokumentów, jakie zostały wydane za jego pontyfikatu, napisał: „Ja sam również nie pomijałem okazji, by zachęcać do częstego odmawiania różańca. Od mych lat młodzieńczych modlitwa ta miała ważne miejsce w moim życiu duchowym. Przypomniała mi o tym z mocą moja niedawna podróż do Polski, a przede wszystkim – odwiedziny Sanktuarium w Kalwarii. Różaniec towarzyszył mi w chwilach radości i doświadczenia. Zawierzyłem mu wiele trosk. Dzięki niemu zawsze doznawałem otuchy. Dwadzieścia cztery lata temu, 29 października 1978 r., zaledwie w dwa tygodnie po wyborze na Stolicę Piotrową, tak mówiłem, niejako otwierając swe serce: różaniec «to modlitwa, którą bardzo ukochałem. Przedziwna modlitwa! Przedziwna w swej prostocie i głębi zarazem. [...] Można powiedzieć, że różaniec staje się jakby modlitewnym komentarzem do ostatniego rozdziału Konstytucji Vaticanum II Lumen gentium, mówiącego o przedziwnej obecności Bogarodzicy w tajemnicy Chrystusa i Kościoła. Oto bowiem na kanwie słów Pozdrowienia Anielskiego (Ave Maria) przesuwają się przed oczyma naszej duszy główne momenty z życia Jezusa Chrystusa. Układają się one w całokształt tajemnic radosnych, bolesnych i chwalebnych. Jakbyśmy obcowali z Panem Jezusem poprzez – można by powiedzieć – Serce Jego Matki. Równocześnie zaś w te same dziesiątki różańca serce nasze może wprowadzić wszystkie sprawy, które składają się na życie człowieka, rodziny, narodu, Kościoła, ludzkości. Sprawy osobiste, sprawy naszych bliźnich, zwłaszcza tych, którzy nam są najbliżsi; tych, o których najbardziej się troszczymy. W ten sposób ta prosta modlitwa różańcowa pulsuje niejako życiem ludzkim»”.

Różaniec daje nam okazję do przypominania sobie najważniejszych wydarzeń zbawczych, gdyż jest modlitwą głęboko opartą na Biblii, skoncentrowaną na dziele zbawienia, dokonanym przez Chrystusa. Niemalże wszystkie tajemnice różańcowe znajdują swe odniesienia do Słowa Bożego, a sama modlitwa składa się z tekstów biblijnych.

Rozważając tajemnice różańcowe uczymy się, jak mamy żyć po chrześcijańsku. Różaniec jest szkołą człowieczeństwa i Bożej mądrości. Otwiera nasze serca na Bożą rzeczywistość i uczy nas przeżywania codzienności w jej duchu.

Modlitwa różańcowa jest nie tylko modlitwą ubogacającą życie duchowe chrześcijanina, ale również modlitwą skuteczną. „Kościół zawsze uznawał szczególną skuteczność tej modlitwy, powierzając jej wspólnemu odmawianiu, stałemu jej praktykowaniu, najtrudniejsze sprawy. W chwilach, gdy samo chrześcijaństwo było zagrożone, mocy tej właśnie modlitwy przypisywano ocalenie przed niebezpieczeństwem, a Matkę Bożą Różańcową czczono jako Tę, która wyjednywała wybawienie”. Wielu wiernych doświadczyło błogosławionych owoców modlitwy różańcowej. Różaniec otwiera drogę do wielkich łask. Jan Paweł II we wspomnianym już Liście apostolskim poświeconym różańcowi prosił, by wierni, modląc się na różańcu, zawierzali Bogu dwie intencje: sprawę pokoju w świecie oraz rodzinę.

Lectio divina

Rozmawiając kiedyś z pewną osobą, która przeszła do jednej z sekt niechrześcijańskich, chociaż powołujących się na Biblię, usłyszałem zarzut, że „księża ukrywają przed ludźmi Słowo Boże”. Osoba ta twierdziła, że chodząc czterdzieści lat do kościoła na Mszę św., nigdy nie słyszała o Ewangelii. Dopiero, jak przeszła do sekty, odkryła Słowo Boże.

Warto, na kanwie tej smutnej historii, zastanowić się nad naszym słuchaniem Słowa Bożego. Zadaniem kapłana jest głoszenie Ewangelii, naszym – jej przyjmowanie. Nie można, podczas Mszy św. lub innych nabożeństw, upodabniać się do ścian kościoła, które trwają nieporuszone, obojętnie odbijając głos kaznodziei. Bo wtedy można chodzić i sto lat do kościoła – i nigdy nie usłyszeć orędzia, które Chrystusa nam przekazuje. Moja rozmówczyni najprawdopodobniej w taki właśnie sposób uczestniczyła w Liturgii Słowa. Inaczej usłyszałaby zapewnienie: „Oto Słowo Boże” lub „Słowa Ewangelii według…”. Uczestnictwo w Liturgii Słowa wymaga naszego zaangażowania i uwagi. To prawda, że trudno jest się nieraz skupić, wyciszyć wewnętrznie, oderwać od problemów, które zaprzątają nam umysł i niepokoją. Czasami nerwowe lub trudne sytuacje sprawiają, że jesteśmy jakby niezdolni do usłyszenia słowa, które kapłan wypowiada podczas Mszy św. Ale czy zawsze idziemy do kościoła z postanowieniem uważnego słuchania? Czy jest w nas głód Słowa Bożego? Ten głód możemy zaspokoić nie tylko podczas Liturgii Słowa.

Wielu z nas przyzwyczaiło się do codziennej, osobistej lektury Pisma św. Każdego dnia można znaleźć kilka minut na to, by sięgnąć po Ewangelię. Można czytać ją w sposób ciągły, rozdział po rozdziale, lub wybiórczy, sięgając do przypadkowo wybranych fragmentów. To pożyteczny duchowo zwyczaj. W ostatnich latach przeżywa odrodzenie praktyka lectio divina. Była ona pierwotnie praktykowana w środowiskach zakonnych, jako sposób na wprowadzanie Słowa Bożego w codzienność. Obecnie mamy coraz więcej pomocy – książek zawierających gotowe teksty lectio divina. Na przykład, Siostry Loretanki wydają „Lectio divina na każdy dzień roku”. Nawet w Internecie można znaleźć teksty modlitewnego codziennego rozważania Słowa Bożego. Także ludzie świeccy mają możliwość skorzystania z tej metody pogłębiania więzi ze Bożym Słowem.

Lectio divina, czyli modlitewne rozważanie Pisma św., składa się z kilku etapów. Pierwszym z nich jest ważne czytanie fragmentu Pisma św. Chodzi tu o zrozumienie samego tekstu. Zrozumienie sensu dosłownego i przenośnego. Nieraz trzeba przeczytać go wolno, wielokrotnie, korzystając z komentarza biblistów.

Drugim etapem lectio divina jest medytacja, polegająca na zastanawianiu się nad treścią każdego zdania, aby wniknąć dogłębnie w orędzie rozważanego fragmentu. Ten etap wymaga wyciszenia i czasu, ale pozwala rozkoszować się Słowem, które Bóg do nas kieruje.

Kolejnym etapem jest modlitwa przeczytanym tekstem lub odpowiednim Psalmem. Przeczytany fragment biblijny ma nam sugerować temat tej osobistej modlitwy. Chodzi tu o połączenie w modlitwie przyjętego słowa z własnym życiem, jego realiami i konkretnością.

Następnym, trudnym etapem lectio divina, jest kontemplacja, polegająca na radowaniu się obecnością Boga w historii. Chodzi tu o modlitewne zwrócenie się ku Bogu. O dostrzeżenie tego, że Pan Bóg nie tylko był obecny w historii wielu osób, ale że jest również blisko nas. Jest to modlitwa nie tylko rozumu, ale i serca, wypełniona uczuciem miłości i wdzięczności, zachwytu nad wielkością i dobrocią Bożą.

Ostatnim etapem lectio divina jest działanie. Kończąc rozważanie Słowa Bożego, winniśmy mieć jasną ideę tego, czego od nas oczekuje Bóg. Trzeba wprowadzać usłyszane słowo w czyn. Prawdziwa modlitwa prowadzi do działania – jest zrobieniem miejsca Bogu; pozwoleniem, by On działał. Jest także wezwaniem do tego, byśmy my dokonywali życiowych wyborów zgodnie ze wskazaniami słowa Bożego.

Każdy z nas winien zatroszczyć się o swe życie duchowe. Nasza dusza jest jak naczynie, które Pan Bóg pragnie napełnić sobą. On dzieli się z nami hojnie swoją mądrością, miłością i łaską. Trzeba jednak pamiętać, że Pan Bóg działa, szanując naszą wolność. Jesteśmy zatem naczyniem rozumnym i wolnym. Sami więc musimy zaczerpnąć z Bożego źródła prawdy i dobra.

Adoracja

Mówiąc o modlitwie, nie możemy nie wspomnieć o adoracji eucharystycznej, do której zachęcają zarówno Benedykt XVI, jak i jego poprzednicy, zwłaszcza Jan Paweł II.

Pisał on w Eccesia de Eucharystia: „Kult, jakim otaczana jest Eucharystia poza Mszą św., ma nieocenioną wartość w życiu Kościoła. Jest on ściśle związany ze sprawowaniem Ofiary Eucharystycznej. Obecność Chrystusa pod świętymi Postaciami, które są zachowane po Mszy św. — obecność, która trwa, dopóki istnieją Postaci chleba i wina — wywodzi się ze sprawowania Ofiary i służy Komunii sakramentalnej i duchowej. Jest więc zadaniem pasterzy Kościoła, aby również poprzez własne świadectwo zachęcali do kultu eucharystycznego, do trwania na adoracji przed Chrystusem, obecnym pod Postaciami eucharystycznymi, szczególnie podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu.

Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca. Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim «sztuką modlitwy», jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!

Wielu świętych dało przykład tej praktyki, wielokrotnie chwalonej i zalecanej przez Magisterium. W sposób szczególny wyróżniał się w tym św. Alfons Maria Liguori, który pisał: «Wśród różnych praktyk pobożnych adoracja Jezusa sakramentalnego jest pierwsza po sakramentach, najbardziej miła Bogu i najbardziej pożyteczna dla nas». Eucharystia jest nieocenionym skarbem: nie tylko jej sprawowanie, lecz także jej adoracja poza Mszą św. pozwala zaczerpnąć z samego źródła łaski. Wspólnota chrześcijańska, która chce doskonalej kontemplować oblicze Chrystusa w duchu tego, co proponowałem w Listach apostolskich Novo millennio ineunte oraz Rosarium Virginis Mariae, nie może zaniedbać pogłębiania tego aspektu kultu eucharystycznego, w którym znajdują przedłużenie i mnożą się owoce komunii z Ciałem i Krwią Pana”.

Adoracja eucharystyczna w Kościele posoborowym – niestety – została zaniedbana. Zwłaszcza w Kościele na Zachodzie prawie zupełnie ją zarzucono, zapomniano o niej. Położono akcent na sprawowaniu Mszy św. Adoracja poza Mszą św. została wyrugowana z życia wielu wspólnot kościelnych. O kryzysie adoracji eucharystycznej świadczy również fakt, że chcąc dostosować kościoły do wymogów odnowionej liturgii eucharystycznej, pousuwano w wielu kościołach tabernakula, umieszczając Najświętszy Sakrament w kaplicach lub bocznych ołtarzach. Jakże w wielu katedrach i kościołach główne miejsce w prezbiterium zajmują krzesła dla celebransów lub trony biskupie! Najświętszy Sakrament zaś jest przechowywany gdzieś na uboczu, jakby wstydliwie, w zapomnieniu.

W Kościele katolickim od wieków Najświętszy Sakrament jest sercem każdego kościoła. Jego centrum, najświętszym i najważniejszym miejscem. Kościół to nie sala, w której sprawuje się Pamiątkę Wieczerzy Pańskiej, ale dom Boży i brama nieba. To mieszkanie Emanuela – Boga wśród nas.

Trzeba, abyśmy powrócili do adoracji eucharystycznej poza Mszą św., oraz ze szczególną pieczą starali się przyjmować Komunię św.

Adoracja eucharystyczna jest wyrazem naszej wiary w realną obecność Chrystusa w cudzie eucharystycznym. Wpatrujemy się w Najświętsze Ciało Chrystusa po to, by móc spożywać je w sposób bardziej świadomy i owocny. W ten sposób dołączamy do chrześcijan pierwszych wieków, którzy przystępowali do Najświętszych Postaci z bojaźnią i drżeniem, pamiętając o ostrzeżeniu św. Pawła: „Dlatego ten, kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winny będzie Ciała i Krwi Pańskiej. Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11, 27–29).

Obecnie w Kościele toczy się dyskusja nad tym, w jaki sposób przyjmować Komunię św.: czy „na rękę”, czy też „do ust”. Zarówno zwolennicy jednej, jak i drugiej formy, mają swe racje. Ale czy pamiętają o tym, co jest najważniejsze? Czy rzeczywiście chcą zabezpieczyć Świętą Hostię przed niegodnym jej spożywaniem? Czasami, słuchając sporów między zwolennikami obu praktyk, można dojść do wniosku, że tak naprawdę skupiają się na czymś zewnętrznym, a mało dbają o zabezpieczenie tego, co najistotniejsze: by Eucharystia była przyjmowana w sposób godny i owocny.

Trzeba pamiętać, że pobożność i wiara wyrażają się w zewnętrznej postawie i gestach modlitewnych. Nie możemy ich ignorować. Zwróćmy uwagę na to, w jaki sposób klękamy. Jak wyznajemy naszą wiarę w obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie podczas procesji, albo gdy widzimy kapłana niosącego Najświętszy Sakrament do chorych. Starajmy się uszanować świętość naszych kościołów i kaplic, unikając swobodnego zachowania się w nich, rozmów, śmiechów. Zwróćmy uwagę na to, w jaki sposób jesteśmy ubrani idąc do kościoła, aby także nasz strój wyrażał szacunek dla tajemnicy Eucharystii.

Wydaje mi się, że wiele mamy do zrobienia, aby przywrócić Najświętszemu Sakramentowi należną mu cześć i uwielbienie, a kościołom i kaplicom, gdzie jest przechowywany, szacunek należny temu świętemu miejscu. Niech dla nas upomnieniem i ponagleniem będzie to, w jaki sposób Naród Wybrany traktował najpierw Namiot Spotkania, a potem Świątynię w Jerozolimie.

Uczmy się szacunku dla naszych miejsc świętych od Żydów, dla których Świątynia Jerozolimska była miejscem najświętszym. A była ona tylko zapowiedzią naszych kościołów, w których jest obecny Pan.

Rozważanie

Kiedy wśród Izraelitów w Ziemi Obiecanej coraz bardziej dominująca staje się postawa odcho­dzenia od Boga i Jego poleceń, Pan Bóg powołuje sędziów-proroków (zob. np. powołanie Gedeona – 1 Sm 6,11-24). Otrzymują oni specjalną łaskę, co możemy określić jako powołanie do misji lub charyzmat. Sędziowie spełniają swoją misję w ówczesnych warunkach, ale stają się także figurami (zapowiedzią) postaw wyrażających uległość wobec Boga w Jego prowadzeniu historii zbawienia. Przyjęte w tamtych okolicznościach określenie „sędzia" nie wyrażało tego, co to słowo oznacza dzisiaj. Nie byli to ludzie, którzy czuwali nad wymiarem sprawiedliwości, ale przywódcy, którzy w imieniu Boga i Jego mocą Boga sprawowali władzę na określonym terytorium, czasem pełnili urząd rozjemczy nad pokoleniami, gdyż byli duchowymi autorytetami w dziedzinie wzajemnych relacji w narodzie. Zarazem z mandatu Bożego pełnili funkcję proroków, czyli czuwali nad właściwym od­niesieniem Izraelitów do jedynego Boga.
W opowiadaniach z dziejów sędziów pojawia się stały schemat: Izraelici okazywali się niewierni poleceniom Pana Boga, wtedy On sprawiał, że powstawali przeciw nim wrogowie, którzy im za­grażali lub wprost ich ciemiężyli. Wówczas Izraelici wzywali pomocy Pana Boga, a On wzbudzał im sędziego, wybawiciela, który ich ratował w nadzwyczajny sposób. Przez pewien czas Izraelici trwali w pomyślności. Ponieważ jednak nie byli stali w dochowywaniu wierności jednemu Bogu, to historia się powtarzała.
Popatrzmy, jak charakteryzuje to Księga Sędziów: Izraelici czynili to, co złe w oczach Pana i służy­li Baalom. Opuścili Boga swoich ojców, Jahwe, który ich wyprowadził z ziemi egipskiej, i poszli za cudzymi bogami, którzy należeli do ludów sąsiednich (...) Wówczas zapłonął gniew Pana przeciwko Izraelitom, tak że wydał ich w ręce ciemięzców, którzy ich złupili, wydał ich na łup nieprzyjaciół, którzy ich otaczali, tak że nie mogli im się oprzeć.

Wówczas Pan wzbudził sędziów, by wybawili ich z ręki tych, którzy ich uciskali. Ale i sędziów swo­ich nie słuchali, gdyż uprawiali nierząd z innymi bogami, oddawali im pokłon. Zboczyli szybko z drogi, po której kroczyli ich przodkowie, którzy słuchali przykazań Pana: ci tak nie postępowali.

Kiedy zaś Pan wzbudzał sędziów dla nich, Pan był z sędzią i wybawiał ich z ręki nieprzyjaciół, póki żył sędzia. Pan bowiem litował się, gdy jęczeli pod jarzmem swoich ciemięzców i prześladowców. Lecz po śmierci sędziego odwracali się i czynili jeszcze gorzej niż ich przodkowie (...)
Zapłonął więc gniew Pana przeciwko Izraelowi... (por. Sdz 2,11-20; zob. także cały kontekst).

Sędziowie, później także prorocy, przestrzegali przed niebezpieczeństwem osiadłego trybu życia – to jest zadufania w sobie, życia w poczuciu samowystarczalności, w zamkniętym kręgu interesów, w dążeniu do zaspokojenia tylko swoich potrzeb. Krytykowali przywiązanie narodu wybranego do „uwłaszczenia się" w Ziemi Obiecanej, co prawda niby z błogosławieństwem Pana Boga, ale w rzeczywistości stawiając siebie i swoje bożki na pierwszym miejscu (zob. Sdz 6,25-32; Iz 5,8).
Okres sędziów – z jednej strony – był czasem zażyłości narodu wybranego z Bogiem, z drugiej – objawił brak stałości ludu wobec Boga, brak zaufania i wierności. Można powiedzieć, że Izrael był jak małe dziecko, które poznając świat, robi wiele błędów i często ucieka się do pomocy rodziców, ale też często zapomina o ich pouczeniach czy wręcz tych pouczeń nie chce.

 

{xtypo_info}Tak było w zeszłym roku (kliknij){/xtypo_info}

 

Zaloguj się, aby dodać komentarz. Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się.